Wall Street, czyli ogon macha psem
 Oceń wpis
   

 Dzisiejsza bonanza przemysłowa w USA spowodowana niskimi cenami gazu (wróciły po prostu do poziomu z 90-tych lat) pozwala pokazać, jakie straty poniósł amerykański przemysł chemiczny w XXI wieku. Podstawowym jego zagrożeniem są gwałtowne zmiany cen podstawowego surowca - gaz ziemnego.

Dlatego wielki koncern chemiczny Dow Chemicals pokazuje, jakie skutki przyniosła rozspekulowana dekada XXI wieku, gdy rządy nad cenami surowców na giełdach przejęły instytucje finansowe.

Gwałtowne wahania cen gazu w ostatniej dekadzie, gdzie ceny zaczynając od podobnego dzisiejszego poziomu (2 $/MMBtu) w chwilach największego wzrostu osiągały poziom dzisiejszych (wysokich) cen europejskich (13 $/MMBtu). Ten okres gwałtownych zmian kosztował Amerykę utratę 30 miliardów dochodów z wywozu produktów chemicznych. Z eksportera netto, którym USA były do 2002 roku, stały się importerem, który kosztował gospdarkę amerykańska prawie 10 miliardów dolarów w 2009 roku. Widać to na wykresie:

 

gaz-ceny-chemia-eksport-Dow_Chemical_A.jpg

 

Zależność od cen gazu jest bowiem oczywista: gdy w 2005 roku gaz kosztował około 250 dolarów / 1000 m3, deficyt handlowy amerykańskiej chemii wynosił 9,4 miliarda doalrów. W 2010, z gazem na poziomie 140 dolarów – przemysł chemiczny wypracował nadwyżke 4,6 miliarda $.

Ten okres także przyniósł 42 tysiące zamkniętych zakładów i streatę 6 milionów miejsc pracy w przemyśle wytwórczym.

 

gaz-ceny-miejsca-pracy-Dow_Chemical_A.jpg

 

To był bardzo zły okres dla amerykańskiej realnej gospodarki. Cała uwaga była bowiem skupiona na wyczynach sektora finansowego i pomocy państw dla banków. Koszty realnej gospodarki dotykały jednak zwykłych ludzi. Tak to się bowiem składa, że gdy finansiści bawią się w trzęsienie rynkiem w górę i w dół, bo i na wzrostach i na spadkach potrafią zarabiać, to realna gospodarka upada, ludzie tracą pracę, a miejsca pracy wyjeżdżają tam, gdzie panują stabilne warunki. .

Stary spór Main Street (amerykańskiego przemysłu) z Wall Street (sektorem finansów). Ten ostatni nadaje ton amerykańskiej i światowej gospodarce. To jakby ogon machał psem.

www.szczesniak.pl

- - -
źródło danych i wykresów: Dow Chemical, broszura "Create More American Jobs through Intelligent Natural Gas Policy"

Komentarze (4)
Produktywność w górę, koszty pracy w dół
 Oceń wpis
   

 Nasza strategia konkurencyjności w Unii Europejskiej święci triumfy. Produktywność pracy idzie ostro w górę, natomiast płace lecą w dół. O tym sukcesie poinformował w imieniu polskiego rządu minister Adam Jasser 11 kwietnia na spotkaniu Banku Światowego w Waszyngtonie.

I rzeczywiście, można mówić o sukcesie: Polska jest liderem we wzroście produktywności pracy (czyli PKB przypadającego na godzinę pracy). Wyprzedziła tutaj pokazane na slajdzie z prezentacji ministra kraje (Czechy, Węgry, Niemcy, Hiszpanię i Grecję).

 

Labor-costs-productivity_Jasser-presentaion-04-2012_A2.jpg
kliknij, aby powiększyć

 

Sukces ten zawdzięczamy obniżaniu kosztów pracy, czyli zmniejszaniu płac. Widać to na dolnej części slajdu. Tutaj też jesteśmy liderami w tej grupie krajów. Ale liderami negatywnymi: u nas koszty pracy poszły najbardziej w dół. Jeśli porównamy się z Czechami, które podobnie jak my ciągną produktywność w górę, to ich koszty pracy poszły również w górę. Nawet Hiszpania i Węgry, borykające się z kryzysem, obniżki kosztów pracy zanotowały w ostatnich latach. My przed 2004 rokiem (wstąpienia do Unii) zanurkowaliśmy z kosztami pracy bardzo nisko i od tej pory trzymamy je w granicach 80 - 90% poziomu z roku 2000.

No cóż, Chińczycy szybko podnoszą koszty pracy, gdyż zbudowali sobie inne elementy atrakcyjności dla inwestycji zagranicznych. My zostaniemy takimi "małymi Chinami" Unii Europejskiej, tylko musimy jeszcze trochę obniżyć koszty pracy. z pewnością się uda. 

Andrzej Szczęśniak  

www.szczesniak.pl

 

- - -
źródło: Adam Jasser: "Narrow escape, How Poland avoided recession during the crisis", April 11th, 2012, Washington D.C.

Komentarze (0)
Wnioski dla Polski z amerykańsko-rosyjskiego sojuszu
 Oceń wpis
   

 Exxon i Rosneft pogłębiły strategiczny sojusz naftowy. Podpisana umowa to ciąg dalszy pierwszego porozumienia z ubiegłego roku. W styczniu 2011 roku, w rozmowie z panią redaktor Agnieszką Pawlak przedstawiałem ten problem:

Obecnie te ubiegłoroczne porozumienia zostały pociągnięte dalej. Nabrały konkretnych kształtów: Rosjanie zaoferowali dostęp do przebogatych złóż, Amerykanie zaoferowali swoje technologie - tak wydobycia podmorskiego jak i gazu łupkowego w USA - wpuszczając rosyjską spółkę państwową w złoża na kontynencie amerykańskim. . Czyli klasyczna wymiana: złoża za technologie.

Jakie wnioski wynikają z tego strategicznego sojuszu dla Polski?

Już wcześniej przy podobnych wydarzeniach próbowałem podpowiedzieć naszym władzom, że idą w złym kierunku. Pół roku temu zestawiałem wypowiedź brytyjskiego ministra energii, wysoko oceniającego rolę Rosji w bezpieczeństwie energetycznym Europy i świata z twierdzeniami ministra Naimskiego ("W. Brytania, Rosja, energia - spojrzenie polskie i brytyjskie"). Dzisiaj można powiedzieć jeszcze bardziej dobitnie:

1. Polska podjęła się trudnej i wyczerpującej politycznie roli blokowania współpracy energetycznej Rosji z Europą, z której wywiązuje się poprzez swoje rozliczne starania, jednak bez żadnego sukcesu. Za te działania Polska płaci wysoką cenę. Ameryka jest w tej polityce naszym patronem i jej interesy tutaj reprezentujemy. Swoje interesów nie pilnujemy, stąd ów najdroższy gaz w Europie i wiele innych kosztów oraz osłabiona pozycja dyplomatyczna w Unii z powodu owej słynnej "polskiej rusofobii".

2. Amerykanie są bardzo pragmatyczni. Naciskają na Rosję wszystkimi możliwymi narzędziami (my jesteśmy jednym z nich), by otworzyła się na zachodnie inwestycje, to znaczy udostępniła swoje przebogate zasoby ropy i gazu zachodnim firmom. Ameryce i jej koncernom naftowym zależy bardzo na dostępie, gdyż wydobycie w USA jest coraz droższe i trudniejsze (opór ekologów na przykład). Dlatego w sytuacji, gdy nie udało się osiągnąć pierwotnych celów - Rosjanie nie poddali się naciskom - Amerykanie przystali na warunki rosyjskie. A te są znane i przećwiczone z europejskimi firmami: złoża za rynki lub technologie.

3. Warunki są bardzo dla Rosjan korzystne. O ile bowiem my po prostu otworzyliśmy swoje złoża bezpłatnie inwestorom z Nowego Świata i przez to będziemy przedmiotem, a nie podmiotem w tej grze, o tyle Rosjanie wywalczyli status podmiotowy. To oni posiądą amerykańskie technologie i nauczą się szybciej samodzielnie wydobywać niekonwencjonalne węglowodory (a także gaz ze złóż arktycznych). My przy wydobyciu gazu z łupków w Polsce będziemy narażeni na konkurencję mistrzów świata w tej dziedzinie (amerykańskich wildcatters), a technologie możemy pooglądać na filmach - będziemy ją musieli kupować u amerykańskich serwisowych gigantów. Bardzo drogo, bo nam się bardzo spieszy.

4. Kontrakt Exxon - Rosnieft jest kontraktem na najwyższym politycznym szczeblu. Podpisany w obecności premiera (prezydenta) Putina, z pewnością ma błogosławieństwo Barracka Obamy. Jest jego plusem dodatnim w walce o drugą kadencję pokazującym, że z "rosyjskiego resetu" są wymierne korzyści ekonomiczne dla amerykańskich firm. Oznacza to kolejny etap uspakajania napięć Waszyngton - Moskwa, którym nie szkodzą nawet wypowiedzi republikańskiego kandydata, że "Rosja jest wrogiem numer jeden Ameryki". Oznacza to słabnięcie Polski jako sojusznika Ameryki na trudnym "froncie rosyjskim".

5. Polska idzie dalej w kierunku konfliktu z Rosją. Wypowiedzi polityków, sprawy w arbitrażach, deklaracje, że wyprzemy rosyjski gaz z Europy i ZERO rozwoju współpracy gospodarczej - wskazują, że wciąż jesteśmy z Rosją "na wojennej ścieżce": Nasi politycy nie zauważyli zmiany koniunktury geopolitycznej, i tę ślepotę polityczną wykazują od owego pamiętnego 17 września (co za data na decyzję, nie?), gdy porannym telefonem zawiadomił naszego premiera sam amerykański prezydent, że z tarczy nici. Pytanie, czy rozwój strategicznych sojuszy między Waszyngtonem a Moskwą w dziedzinie, w której jesteśmy tak aktywnym graczem, nie nauczy czegokolwiek naszych polityków? Obawiam się, że nie.

 

Exxon_Rosneft_Tillerson_Putin.jpg

 

Andrzej Szczęśniak
Komentarze (5)
USA: niezły wzrost dochodów? Ale nie dla 99%
 Oceń wpis
   

 Gdy statystyki mówią o (realnym) wzroście dochodów społeczeństwa o 14% w ciągu 17 lat - brzmi to nieźle. To się udało uzyskać w USA w latach 1993 - 2010. Szczególnie w dekadzie silnej ekspansji gospodarczej za prezydenta Clintona.31,5%, ale także w czasie rozwoju gospodarczego prezydentury Busha - o 16%. Jednak za tymi liczbami kryją się bardzo ciekawe zjawiska, które każą zapytać: wzrost dochodów? Ale kogo?

Odpowiedź na to pytanie przynosi badanie profesorów z University of California Berkeley - ekonomistów Emmanuela Saez'a i Thomasa Piketty'ego, na podstawie danych amerykańskiego urzędu podatkowego (Internal Revenue Service).

Wnioski są ciekawe. Proszę spojrzeć na tabelkę:

USA_income-growth_Piketty-Saez2.gif

Jak widać, średni wzrost w całym badanym okresie wyniósł 13,8%, ale dochody 1% najbogatszych Amerykanów wzrosły o 58%. Zaś dochody pozostałych 99% - tylko o 6,4%. Czyli 1% najbogatszy procent uzyskał 52% z całości wzrostu dochodów.

Ciekawy jest także okres ostatnich dwóch lat (2009 - 2010), gdy średni wzrost dochodów wyniósł przyzwoite 2,3%. jednak rozłożył się bardzo nierówno - 93% całego wzrostu zagarnął 1% najbogatszy procent obywateli. Ich dochody wzrosły o 11,6%, a dochody pozostałych 99% Amerykanów o 0,2%.

Takie to ciekawe zjawiska kryją się pod średnimi statystycznymi. Szkoda, że w Polsce nie ma takich statystyk, bo w rankingach nierówności dochodów plasujemy się niedaleko Ameryki.

Jeszcze rzut oka na ciekawe zjawisko w stuletniej historii amerykańskich dochodów. Otóż dochody górnego decyla (10% najbogatszych) w ciągu prawie stu lat kształtowały się tak:

USA_top-10-pc-income-growth_Piketty-Saez2.gif

Jak widać lata gwałtownego rozwoju gospodarczego do 50-tych lat i spowolnienia lat 70-tych (także ceny ropy) towarzyszyły dość umiarkowane dochody grupy najbogatszych. W latach 80-tych rozpoczął się gwałtownyspadek dochodów amerykańskich pracowników.

Towarzyszy temu jeszcze jedno zjawisko, o którym już niedługo...

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
źródło: Piketty-Saez analysis

Komentarze (1)
Gaz łupkowy - szacunki 10-krotnie obniżone, a szaleństwo trw
 Oceń wpis
   

 Szacunki gazu zostały znacząco obniżone, możemy mieć między 346 do 768 mld m3, czyli średnio 550 miliardów m3. To było oczywiste i dawno już pewne, także szkoda gadać. Przypomnę jedynie, że pisałem o tym prawie rok temu:

Firma Advanced Resources [..] ocenia zasoby Ameryki Północnej na 146 bilionów m3. Uwaga – to tylko 6,5 razy więcej niż Polska, a biorąc pod uwagę, że Polska jest 30 razy mniejsza niż USA, to wynika z tego, że jesteśmy 5 razy bogatsi w gaz niż USA, licząc na kilometr kwadratowy! Uff! – znowu pozostaje tylko westchnąć. Ale przy jednym wypada się zastanowić poważnie: Advanced Resources przyjęło, że zamerykańskich zasobów można wydobyć 20 bilionów m3, czyli ok. 13%. Dlaczego więc w Polsce może być wydobyte aż 24%?!

całość: Coraz bogatsi w gazowe nadzieje

Już wtedy widać było, że szacunki są "przedmuchane". Cel był oczywisty: zachęcenie inwestorów. Amerykańskie koncerny to nie Gazprom, CNOOC czy PDVSA, którym rząd może coś kazać. Tu trzeba zachęcić.

Tylko z tym zachęcaniem trzeba uważać. Bo jak się przedmucha za bardzo te "zasoby" to potem przychodzi dzień twardego lądowania. I on dzisiaj nadszedł. PGI obniżył szacunki prawie 10-krotnie.

Mówiłem też o tym kilka miesięcy temu: "Szacunki mogą być zawyżone (Gazeta Prawna)" i "Szacunki gazu łupkowego mogą być mocno przesadzone (dla CIRE)", a tu moje publikacje o gazie z łupków

Jednak nawet raport polskich geologów nie powstrzymał łupkowego szaleństwa. Już po konferencji największa w Polsce gazeta opiniotwórcza opublikowała dwa teksty: Przytaczam ich screenshoty. Bo nie mogę wyjść ze zdumienia:

Polska_2_bln_m_gazu_Wyborcza_21-03-2012.jpg

... i jeszcze jeden:

Polska_2_bln_m_gazu_Kulczycka_Wyborcza_21-03-2012.jpg

Cóż się dziwić, skoro już po konferencji minister skarbu mówi:

Wydobycie gazu z łupków ruszy na przełomie lat 2014/2015

Na przełomie 2014 i 2015 roku powstanie pierwsza kopalnia gazu łupkowego w Polsce i ruszy jego wydobycie. Takie informacje przekazał minister skarbu w rozmowie z reporterem RMF FM. Mikołaj Budzanowski dodał również, że znaczna ilość tego surowca powinna trafiać na eksport.

Interia

Jakiego surowca? Gdzie on jest? I może dalej będziemy budowali instalację skraplającą w Świnoujściu? Nie rozumiałem, gdy to mówił ponad rok temu ("Minister Budzanowski: za dużo gazu dla Polski!"), ale dzisiaj rozumiem jeszcze mniej.

No cóż, szaleństwo gazu łupkowego trwa.

- - -

Raport PI dostępny tutaj

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

Komentarze (2)
Polska nie została drugą Japonią
 Oceń wpis
   

 Gdy Lech Wałęsa rzucał hasło: „zbudujemy w Polsce drugą Japonię!” daleko nam było do samodzielności i możliwości decydowania o tym, jak ścieżką pójdziemy. Dzisiaj już wiemy: Polska nie została drugą Japonią.

Japonia od 1981 roku, gdy Lech Wałęsa wskazywał kierunek, ani razu nie miała deficytu handlowego - zawsze zarabiała na wymianie międzynarodowej. Dzięki temu stała się zasobnym krajem, który jest w stanie przetrwać największe kryzysy bez drżenia o nastroje rynków finansowych.

Polska przez lata 80-te musiała spłacać długi i dzięki temu więcej sprzedawała niż kupowała za granicą. Jednak już trzecia Rzeczpospolita od roku 1991 ani razu nie zanotowała dochodu w obrotach międzynarodowych - zawsze bilans handlowy był ujemny.

Bilans_Handlowy_Polska_Japonia_WTO_2.jpg

Polska i Japonia zupełnie inaczej podchodzą do dochodów gospodarki narodowej z międzynarodowego handlu. Ostatni przykład doskonale to ilustruje.

Japoński minister finansów Jun Azumi poinformował ostatnio, że jego rząd będzie walczył ze spekulacją jego walutą, nie pozwalając na zbytnie wzmocnienie się Jena. Wskazał nawet precyzyjnie kurs, który uważa za niebezpieczny ("perilous") dla gospodarki japońskiej - 75 jenów za dolara. Uznał go za zagrażający eksportowi japońskiemu zapowiedział interwencję w celu jego osłabienia. Podobnie walczą o poziom konkurencyjności swojej walut Brazylia, Chile, Peru, czy Szwajcaria, które wbrew głośno wyrażanemu niezadowoleniu U.S. Treasury, bronią konkurencyjności swoich gospodarek przed spekulacjami walutowymi.

Zupełnie odwrotnie podchodzi do kursu walutowego polski bank. Gdy pod koniec ubiegłego roku złoty się bardzo osłabił - "pilnujący od wielu tygodni notowań złotego bank centralny wespół z BGK osiągnęły cel, jakim byłoutrzymanie kursu na poziomie korzystnym z punktu widzenia relacji długu publicznego do PKB" (PB). "Bank centralny podał w komunikacie, że "sprzedał pewną ilości walut obcych za złote". NBP sprzedawał obce waluty na rynku, by wzmocnić kurs złotego. (Newsweek)

Polski bank i rząd nie dbają o konkurencyjność swojej gospodarki, ale martwią się o poziom swoich długów. Więc szans na dochody z wymiany międzynarodowej nie mamy. Zadłużenie będzie narastać, aż do czasu, gdy bańka "zielonej wyspy" pęknie i wtedy (jak za czasów generała Jaruzelskiego w latach 80-tych) trzeba będzie zaciskać pasa i oddawać długi. Wtedy bilans handlowy będzie musiał być dodatni, nie wystarczy sprzedaż majątku, bo on już solidnie zadłużony.

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
źródło danych: WTO

Komentarze (2)
Niskie płace
 Oceń wpis
   

 Polska okupuje końcowe miejsca w zestawieniu płac krajów europejskich. Mniej płacą pracownikom jedynie Bułgaria, Rumunia, Litwa i Łotwa. Na dodatek płace te obniżają się (realnie i relatywnie do EU) w ostatnich latach.

Zestawienie płac w krajach Unii pokazuje, że Polska nie jest w stanie tworzyć nowych, dobrze płatnych miejsc pracy. Wg Eurostatu zajmowaliśmy "zaszczytne" czwarte miejsce od końca. Mniej płacono pracownikom jedynie w Bułgarii, na Litwie i Łotwie (Rumunia - z pewnością także poniżej naszych płac - nie została ujęta w 2010 roku).

 

Labour_cost_per_hour_in_the_business_economy,_2010.png

 

Zobaczywszy nasze miejsce w szeregu na wykresie, popatrzmy na zestawienie tabelaryczne:

 

Labour_cost_per_hour_in_euros_2008-2010.jpg

 

Polska miała płace w gospodarce na poziomie 7 euro / godzinę. Przeciętna unijna to 22,5 euro i 26,8 euro w strefie euro. Polskie płace to 31% płac unijnych i 26% płac strefy euro. Zarabiamy więc jedną trzeciąeuropejskich poborów i jedną czwartą tego, co w starej Europie (strefa euro to głównie kontynentalne kraje zachodniej Europy).

Niepokojące są trendy w ciągu tych ostatnich lat. Gdy płace w Europie rosną pomimo kryzysu - w Polscespadają. W 2008 roku płace wynosiły 7,5 euro/godz. (34,7% średniej EU), w 2009 - spadły o 15% do 6,4 euro (29% EU) i lekko wzrosły do 7 euro/godz. w 2010 roku (31% średniej EU). Gdy w EU wzrosły w czasie kryzysu o 4% (0,9 euro%), w Polsce spadły o 9% (0,5 euro).

Oprócz wymienionych wyżej krajów z końcówki listy nikt tej strategii dostosowania się do kryzysu nie zastosował. We wszystkich innych krajach wynagrodzenia rosły (potwierdza to trend przedstawiony we wpisie"Płace w dół, czyli zwiększamy konkurencyjność").

Warto też zauważyć, że jeśli płace w przemyśle wytwórczym są w zachodniej Europie (strefa euro) o 9% wyższe od płac w gospodarce, to w Polsce jest odwrotnie - są o 10% niższe.

Cóż się dziwić, że pracownicy uciekają, gdy udział płac w PKB maleje a ci bardzo tani robotnicy w Polsce są dużo kilkakrotnie lepiej wynagradzani za granicą. Więc wyjeżdżamy za pracą ("Miejsca pracy? preferujemy eksport") lub na stałe ("Emigrujemy").

Andrzej Szczęśniak
www.szczesniak.pl

- - -
źródła: Eurostat i + tabele

Komentarze (4)
Wydatki socjalne czy urzędnicy?
 Oceń wpis
   

 Wiele się narzeka na sztywne wydatki budżetu, które uniemożliwiają rządowi elastyczne reagowanie na kryzys. Oczywiście chodzi o wydatki socjalne, które są "nadmierne i rozdęte". Nic nie mówi się o wydatkach rządowych na administrację. Są one praktycznie równe wydatkom socjalnym.

Jeśli przyjrzeć się wydatkom publicznym (sektora instytucji rządowych i samorządowych), to wydatki na administrację publiczną, dokładnie na koszty pracy (+ zużycie pośrednie) są praktycznie równe transferom socjalnym. W 2010 roku koszty administracji wynosiły 229,7 miliardów zł (16,3% PKB), gdy wydatki socjalne 241,2 mld zł (17,1% PKB).

 

Budzet_wydatki_publiczne_MFin_2010.jpg

 

Jeśli przyrównać się do europejskiego wzorca, to koszty naszej biurokracji były zwykle (licząc jako % PKB)wyższe od krajów strefy Euro. Wyjątkiem jest rok kryzysowy - 2009.

 

Budzet_koszty_panstwa_EU_MFin_2010.jpg

 

Jeśli zaś porównać wydatki socjalne, to przez wszystkie ostatnie lata były one niższe (jako % PKB)- o 2,5% do 6,5% PKB niż w budżetach strefy Euro. I co zadziwia - w czasie kryzysu 2009 roku - różnica to się zwiększyła do 6,5%. Unia Europejska zwiększała transfery socjalne, my zmniejszaliśmy. Różnica bardzo charakterystyczna.

 

Budzet_wydatki_socjalne_EU_MFin_2010.jpg

 

- - -
źródło danych: Ministerstwo Finansów - Program Konwergencji - Aktualizacja 2011

Komentarze (2)
Nord Stream, czyli taka piękna katastrofa
 Oceń wpis
   

 Od razu dodam: katastrofa polskiej polityki energetycznej, czy precyzyjniej polityki bezpieczeństwa energetycznego, co w naszym przypadku można jeszcze dokładniej określić jako politykę powstrzymywania Rosji, osłabiania jej związków z Europą.

Przyjrzyjmy się z dzisiejszego punktu widzenia - w przeddzień otwarcia rurociągu - historii tego projektu z punktu widzenia polskich interesów i tego, jak się o nie starano.

 

 

12 grudnia 2005 r. w tekście "Bałtycki gazociąg" pisałem:

Rosjanie chcą nas ominąć i zmarginalizować, a wobec Wspólnoty Europejskiej przedstawić jako zagrożenie dla bezpiecznych dostaw gazu ziemnego. Jest to wyzwanie dla Polski na miarę dwudziestego pierwszego wieku i wielki sprawdzian skuteczności naszego państwa.

Niestety, sprawdzianu tego nie przeszliśmy pozytywnie. Nasi politycy raczej głośno i bez sensu mówili, niż przemyśleli to wyzwanie. Ówczesny minister obrony w rządzie PiS, Radosław Sikorski, mówił tak do zagranicznych dziennikarzy:

"Polska jest szczególnie wrażliwa na punkcie korytarzy i porozumień ponad naszymi głowami. To była tradycja Locarnopaktu Ribbentrop-Mołotow".

Na dodatek nasze kontrpropozycje nie były w ogóle przemyślane ("Amber? To chyba dla zmylenia przeciwnika...")

Potem wzięliśmy się za argumenty ekologiczne. Od Senatu do Unii Europejskiej nagłaśnialiśmy zagrożenia, mówiąc, że rurociąg to "bomba", "zagrożenie". a już w maju 2007 r. pisałem, że

Argumenty polskich polityków brzmią tak, jakby nie wybudowano do tej pory żadnego rurociągu podmorskiego. A przecież wybudowano ich dziesiątki, choćby ostatnio otwarty Langeled

Międzynarodowe badania, niezależne instytucje potwierdziły, że środowisku rurociąg nie grozi. Konsorcjum wydało na to wiele więcej pieniędzy, zajęło to masę czasu, ale naszych polityków i tak to nie przekonuje. Wystarczy tytuł: "Wyniki pod zlecającego". Niestety, jest to zemsta zza grobu, to znaczy nam pozostają nieeleganckie insynuacje, gdy inni będą budować siłę swojej gospodarki.

Podnoszono także argument, że "Nord Stream" jest droższy od Jamału. Nie dodawano jednak, że budowa jest droższa, a całość operacji wychodzi korzystniej. Pisałem już od początku, że to absurdalne zarzuty ("Nord Stream jest tańszy od Jamału" 31 maja 2007). Później słabość naszych zarzutów, a siłę tego projektu ocenili brytyjscy analitycy ( Chi Kong Chyong, Pierre Noёl and David M.
Reiner, "The Economics of the Nord Stream Pipeline System, Cambridge Working Paper in Economics). Ale i tak najlepszym weryfikatorem opłacalności są kredyty bankowe, a tutaj konsorcjum Nord Stream osiągnęło niebywały sukces: banki kredytujące obniżyły im oceny ryzyka, a co za tym idzie - stopy kredytów. Banki nie dają tanich kredytów na nieopłacalne ekonomicznie projekty.

Projekt startował jako niemiecko-rosyjski. To było przedmiotem naszej krytyki. Jednak dość szybkoprzekształcił się w projekt europejski. Od początku też miał wsparcie Brukseli ("Barroso: Nord Stream jest potrzebny Europie"). Stąd nasze starania w Unii, choć krzyczano o nich na cały głos, były nieskuteczne ("Nord Stream - zupełnie inna rezolucja EuroParlamentu"). Tutaj i tutaj można zobaczyć, co mówiłem o tym 3 lata temu.

Podnosiliśmy jeszcze jeden argument: rurociąg blokuje polskie porty. Niestety, jak atut kładlismy bardzo odległe perspektywy rozwoju, które nie są potwierdzane w dzisiejszej sytuacji ("Polskie porty... nie trzeba Nord Stream"). Faktu, że rurociąg nie przeszkadza gazowcom, trudno w tym harmiderze dostrzec.

W Nord Streamie jest też ciekawy wątek geopolityczny - udział USA w blokowaniu tego projektu. Czasami był on zbyt jawny ("Niemiecko - amerykański spór o Nord Stream"), ale wiele ciekawych informacji przynoszą przecieki amerykańskich depesz dyplomatycznych na Wikileaks, o czym już niedługo.

Patrząc na marnowanie przez naszych polityków atutów Polski (tutaj położenia geograficznego, bo rynek u nas niewielki), pozwoliłem sobie na "Nord Stream – historia alternatywna". Takie tam fantazjowanie, co moglibyśmy zrobić zamiast obrony Częstochowy.

Dlatego też, bezsilny obserwator tego widowiska, potarzam: "Nord Stream to porażka na własne życzenie". Bo Rosjanie osiągnęli swoje cele ("ominąć i zmarginalizować"), my (nasi politycy) ponieśliśmy porażkę. Warto podkreślać, że to przede wszystkim oni - decydenci wszystkich opcji politycznych od AWS, przez SLD, PiS i PO - są winni tej klęski. Dlatego często nazywam rurociąg Nord Stream "gazociągiem bałtyckim imienia Janusza Steinhoffa", na cześć jego wkładu w marginalizację Polski. Oto jego wypowiedź z 2002 roku, która była podstawą do decyzji pójścia przez Bałtyk.

 

2008_Nord-Stream-konflikt.gif

 

Powinien dostać honorowe miejsce na uroczystości otwarcia. Umożliwił zbliżenie Rosji i Niemiec ponad naszymi głowami, a Polskę zmarginalizował.

 

* * *

 

Podsumowując: piszę to wszystko, nie żeby się napawać naszą klęską, bo ten sukces rosyjski nie jest przyjemny dla nas, Polaków. Piszę to po to, by dzisiaj, gdy mleko się już rozlało, przemyśleć powody tej klęski. I nie powtarzać bez końca, że jesteśmy ofiarami jakiegoś ciemnego spisku, tylko by wiedzieć, że to co się stało jest efektem polskiej polityki. Jej skutkiem. Dlatego trzeba ją przemyśleć i zmienić.

 

* * *

 

Polecam poza tym wykład sprzed prawie czterech lat: "Nord Stream czyli konflikt interesów - wykład w Toruniu" i wykład z 2010 r. "Nord Stream czyli Polska między Europą a Rosją"

Komentarze (1)
Zadłużenie zagraniczne przebiło BILION zł
 Oceń wpis
   

 Zadłużenie na wszystkich poziomach (prywatnym, przedsiębiorstw, samorządów, budżetu centralnego i całej gospodarki) jest zjawiskiem kluczowym dla Polski. Pisząc o złych, przeterminowanych długach ("Eksplozja złych długów Polaków", "O złych prywatnych długach Polaków") pokazałem zjawisko od samego dołu - od indywidualnych osób. Teraz przeskoczymy na poziom najwyższy - zadłużenia Polski (nie mylić z powszechnie tak określanym zadłużeniem budżetu państwa). Nie po kolei, ale jest świetna okazja, żeby poruszyć ten temat:

Zadłużenie zagraniczne przebiło BILION zł.

Z tego biliona na 350 miliardów złotych zadłużony jest rząd i samorządy, prawie 230 mld - banki a ponad 400 mld - podmioty gospodarcze, osoby indywidualne i inne podmioty.

Proszę przyjrzeć się, jak szybko rosło:

 

Zadluzenie_zagranczne_Polski_NBP2.jpg

 

W ciągu roku zadłużenie wzrosło o ponad 100 miliardów. 10 lat temu było ponad trzykrotnie mniejsze. Aż dech zapiera to tempo zadłużania się.

 

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
Dane: NBP

 

Komentarze (6)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze komentarze
2012-05-07 14:09
Max7676:
Wall Street, czyli ogon macha psem
sorry za literówki
2012-05-07 14:08
Max7676:
Wall Street, czyli ogon macha psem
a słyszał Pan o ostatnich osiągnięcia w dziedzinie tzw zimnej fuzji?? Niektórzy deklarują że[...]
2012-05-06 06:20
Andrzej Szczęśniak:
Wall Street, czyli ogon macha psem
Tak się ma: jest czynnikiem zmieniającym rachunek kosztów w celu wyeliminowania paliw[...]
O mnie
Andrzej Szczęśniak
Branża paliwowa
Kategorie
Ogólne