Kim są spekulanci?
 Oceń wpis
   

 Często w dyskusjach na temat cen ropy, a także całego rynku towarowego (commodities) pada mocne słowo spekulanci. Ja częściej używam neutralnego określenia "gracze finansowi", ale w relacjach prasowych, zwłaszcza w tytułach jest wybijane słowo "spekulanci" (przykład w załączeniu). Któż to jest?

Podstawą rynków, opartych na giełdach ma być transparentnośćprzejrzystość. Ileż to razy słyszeliśmy te zwykłe rynki, transakcje "over the counter" - czyli po prostu zwykły handel dwustronny s- ą "za mało przejrzyste". Jednak rynki giełdowe nie są przejrzyste. Znamy cenę jaką pokazuje indeks giełdowy, ale dla przykładu nie znamy stron transakcji. Do prześmiesznego incydentu doszło na otwarciu giełdy gazu, gdy prezes TGE ogłosił, że "doszło do pierwszej transakcji!" Zapytałem więc głośno z sali. Kto z kim? Odpowiedź: "No... tego nie możemy ujawnić, ale przecież wszyscy wiedzą..."

Na tej zasadzie "wszyscy wiedzą", tak samo wiemy, kto jest spekulantem na giełdzie New York Merchantile Exchange's (NYMEX), będącą własnością prywatnej spółki CME Group. Otóż tego, kto kupuje i sprzedaje na giełdzie, dowiedzieć się nie możemy! To jest sedno "przejrzystości" rynków finansowych, gdy operują na ogromnych połaciach światowego handlu, których największym towarem światowym jest ropa naftowa.

Przepisy CFTC - amerykańskiej agencji dozoru nad giełdami towarowymi, nie pozwalają na ujawnianie indywidualnych graczy (uczestników transakcji) i ich pozycji, czyli ilości kupowanego lub sprzedawanego papieru. Nawet klasyfikacja charakteru uczestników giełdy (ciągle nasuwa mi się słowo "graczy", jakbyśmy byli w kasynie) jest niedokładna i dane zagregowane nie pozwalają na precyzyjne śledzenie pozycji i roli poszczególnych kategorii uczestników giełdy towarowej. (Nawiasem mówiąc - ten brak precyzji jest częstym argumentem przeciwników tezy o dominującym wpływie podmiotów finansowych na zachowania ceny towarów takich jak ropa czy żywność).

Toteż wielką sensacją było, gdy senator Bernie Sanders (niezależny z Vermont, znany z walki ze spekulacją towarami), głęboko sfrustrowany tym, że jego i kolegów wysiłki nie przynoszą żadnych skutków, złamał amerykańskie prawo i upublicznił listę uczestników handlu ropą naftową. Sensacja była krótka, potem zrobiło się cicho, i wszystko jest po staremu, ale upublicznione materiały są bardzo ciekawe.

 

Sanders-lista-.jpg

 

Pełną listę uczestników obrotu papierami ropy naftowej można znaleźć na witrynie senatora Sandersa, tutaj rzućmy tylko okiem na największych graczy finansowych. Znajome nazwy, prawda? Czy kojarzyły się Państwu z handlem ropą? Nie? A powinny.

 

oil-speulators-sanders.jpg

 

P.S. ciąg dalszy: "Cena ropy a fundamenty (poziom zapasów)"

 

- - - - - - - - - - - - -

 

Tytuł z Hot MoneyPODWYŻKI: To spekulanci windują ceny paliw

treść:

Andrzej Szcześniak w rozmowie z Radiem Dla Ciebie wyjaśnia, że Polska kupuje ropę głównie w Rosji, a ceny ustalają rynki światowe, które ostatnio zostały opanowane przez "graczy finansowych".

Jest globalny system stanowienia cen, za który odpowiadają Amerykanie. To oni dopuścili do tego, że giełdy zostały opanowane przez tzw. spekulantów - tłumaczy Szcześniak.

Jego zdaniem, za rekordowe ceny są odpowiedzialne osoby zupełnie nie związane z rynkiem paliw. To oni wywindowali ceny ropy do niebotycznych poziomów i teraz zarabiają na spadkach i wzrostach.

Na potwierdzenie swojej tezy Andrzej Szcześniak daje prosty przykład. Wydobycie ropy w Iraku kosztuje dziś między 1,5 a 2,5 dolara za baryłkę. Ta sama baryłka na giełdzie w Nowym Jorku jest już handlowana po 110 dolarów.

Tutaj jest nagranie z tego wywiadu: "Władzę nad cenami na rynku ropy przejęli gracze finansowi (w Radio dla Ciebie)"

Komentarze (7)
Europa gratuluje Ukrainie rynkowych cen gazu
 Oceń wpis
   

 Powszechne jest w Polsce przeświadczenie, że Ukraina jęczy pod żelaznym butem Gazpromu, płacąc niebotyczne ceny za gaz i plując krwią - co miesiąc przelewa 600 milionów dolarów do Moskwy. Jednak to tylko ułuda nasza, biednych peryferii imperium. Europa ma inne zdanie.

Szefowa IEA Maria van der Hoeven podczas wizyty w Kijowie w październiku 2012 przywitała Ukrainę w klubie państw, importujących gaz po cenach rynkowych.

 

Ukraina-ceny-gazu-IEA-2012A.jpg

 

Jak widać, od początku 2009 roku, Ukraina przyłączyła do krajów kupujących gaz po cenach równych niemieckim cenom granicznym, czyli europejskiemu standardowi. Dla polskich polityków i dziennikarzy te ceny dla Ukrainy to tragedia, ale dla europejskich elit energetycznych to "good news".

Teraz bowiem możliwa jest Wielka Ukraińska Rewolucja Energetyczna. Zmiana na skalę ogromną, wg wzorców, jakie propaguje Międzynarodowa Agencja Energetyczna. Na czym polegają?

Po pierwsze zwiększyć produkcję. Trzeba więc otworzyć ukraiński rynek dla międzynarodowych firm, które wydobędą ukraiński gaz z łupkowych złóż, które są bardzo obiecujące. Należy im także stworzyć warunki, które zapenią korzystne działannie, co w języku międzynarodowym nazywa "korzystnym klimatem inwestycyjnym". Jak dobrze pójdzie (i doda się wydobycie z Morza Czarnego - też potrzebni inwestorzy, bo Ukraina nie ma know-how ani kapitału) to w 2030 nie trzeba będzie importować gazu z Rosji.

Aby zwiększyć produkcję, trzeba przyjąć i wprowadzić w życie zasady Energy Community Treaty. To proste - wydzielić system przesyłowy, żeby wszyscy mieli do niego dostęp, a ukraińskie państwo przestało na nim zarabiać. Przy takich cenach to i dywersyfikacja jest możliwa, nie dziw więc, że Ukraina (tak jak i Polska) marzy o gazoporcie tak intensywnie, że państwowy kontrakt podpisuje z instruktorem narciarskim. No i oczywiście energia odnawialna.

I po drugie - trzeba zwiększyć efektywność energetyczną. Żeby były do tego dobre warunki, trzeba zwiększyć ceny gazu. Najlepiej z pięć razy. Ukraina bowiem importowała w I kwartale 2012 gaz powyżej 3,4 tys hrywien / 1000 m3, a mieszkańcy mieli gaz po 800 hrywien. Więc pięć razy co najmniej. Także ciepło musiałby zdrożeć ze dwa razy, gdyż lokalne ciepłownie kupują gaz po 1500 hrywien. Wtedy warunki do wielkiej energetycznej rewolucji ukraińskiej będą gotowe.

Oczywiście wprowadzenie energii odnawialnej skończy z tą dramatyczną sytuacją, gdy energia elektryczna jest nieprzyzwoicie tania. Jak widać na wykresie pani dyrektor IEA, Polska już jest po dobrej stronie mocy (podobnie jak Węgry, Słowacja i cała Europa zachodnia), a Ukraina, Białoruś i Rosja ciągle trzymają się zabobonów, że prąd w gniazdku powinien być tani. Gdy w Polsce prąd ten jest po 13 eurocentów za kWh, to na Ukrainie po 3 centy. Tak być nie może. Wtedy jeszcze nie ma warunków do wielkiej rewolucji energetycznej. Trzeba je stworzyć, ciągle taniejąca energia odnawialna z pewnością przywróci właściwe proporcje rzeczy i Ukraina przybliży się do cywilizowanego modelu energetycznego.

 

Ukraina-ceny-energii-IEA-2012A.jpg

 

Jak już energia będzie droga, wtedy efektywność energetyczna będzie się mogła realizować bez przeszkód. Przecież jak mówią u nas "najtańsza energia to ta, której nie zużywasz" (szczególnie w zimie przy 30-stopniowych mrozach).

Sama rewolucja będzie polegała na szybkim dostarczeniu przemysłowi, który może przeżywać pewne perturbacje porewolucyjne, nie mogąc się przystosować do cywilizowanych warunków) odpowiednich urządzeń, aby mniej zużywał energii. Europejskie przedsiębiorstwa mają ich naprawdę dużo. Na przykład cała ukraińska metalurgia może zakupić ogromne ilości efektywnego energetycznie wyposażenia, których produkcja da pracę europejskim robotnikom, a zredukuje potrzebę nadmiernego, nieefektywnego wysiłku robotników ukraińskich.

Oczywiście w ramach rynkowych warunków rząd musi stworzyć odpowiednie zachęty i nakazać przedsiębiorstwom zastosowanie takich efektywnych urządzeń, najlepiej zmieniając normy i podwyższając standardy, bo przecież nie można wrócić do czasów ręcznego sterowania gospodarką. Teraz się zarządza parametrami.

Oczywiście jak energia jest droga, to otwierają się nowe możliwości. Na przykład smart meters, energy service companies, appliances, building codes, energy audits for industry (pisownia wg oryginału). Te wszystkie instytucje nie mają czego szukać na biednych rynkach, gdzie energia jest tanią usługą publiczną, a teraz znajdą swe zastosowanie. Można to studiować na przykładzie sąsiedniej Polski, gdzie są teraz z sukcesem wdrażane.

To się musieli Ukraińcy ucieszyć. Prawda? Takie świetlane perspektywy.

P.S. Ach, o jednym pani dyrektor nie powiedziała. Trzeba wprowadzić pomoc społeczną dla nowego zjawiska, które się niestety pojawia w takich okolicznościach: ubóstwa energetycznego (energy poverty). Ale to drobiazg.

- - -
źródło: Energy Policies Beyond IEA Countries, Ukraine 2012 Review, Kiev, 19 October 2012, Maria van der Hoeven, Executive Director International Energy Agency

Komentarze (6)
O gazie łupkowym i trzęsieniach ziemi
 Oceń wpis
   
 

oh-frack1.jpgW czasie ostatniej Konferencji Energetycznej w Sheratonie Warszawa, organizowanej przez OPPPW (Organizacja Polskiego Przemysłu Poszukiwawczo-Wydobywczego), usłyszałem z prezydium, że mówienie o jakichś zagrożeniach dla otoczenia ze powodu wydobycia gazu łupkowego jest absurdem. Jakieś trzęsienia ziemi? Demagogia! Podniosłem głowę... to wicepremier Janusz Steinhoff, występujący w barwach Roland Berger Strategy Consultatnts dzielnie bronił branży przed posądzeniami.

Demagogia? To ciekawe, pokręciłem z niedowierzaniem głową. Na sali nikt nie zareagował. Więc może kilka słów wyjaśnienia. Pan premier Steinhoff cieszy się na moim blogu specjalnymi względami, często jest cytowany (np. tutututu, i jeszcze tu). Żeby więc tradycji stało się zadość, to kilka słów o gazie łupkowym. Bez demagogii, ale o trzęsieniach ziemi.

Brytyjczycy (w odróżnieniu od nas) znaleźli gaz łupkowy. Jego występowanie stwierdził Urząd Geologiczny, który ocenił jeden z obszarów basenu Bowland na 130 miliardów m3 gazu. Poszukująca na tym obszarze prywatna firma Cuadrilla, po wierceniach ogłosiła odkrycie ogromnych zasobów 5 700 miliardów m3 gazu. Inne poszukujące przedsiębiorstwa dodały do tego jeszcze 50% nowych zasobów.

Jednak szczelinowanie firmy Cuadrilla doprowadziło do odczuwalnych trzęsień ziemi. Eankiem 27 maja 2011 r. w Poulton-le-Fylde (Lancashire w rejonie Blackpool) na głębokości 1,7 km miało miejsce niewielkie trzęsienie ziemi, które British Geological Survey (BGS) określił na 1,5 stopnia. Wcześniej – 1 kwietnia 20111 r. w tej samej miejscowości miał miejsce wstrząs intensywności 2,2 stopnia. Według BGS te dwa wydarzenia miały podobny przebieg i źródła.

Wstrząsy nie były poważne, nie spowodowały żadnych szkód materialnych, jedynie jedna osoba je poczuła. Jednak wykryły je urządzenia położone w odległości 80 km. Po tych wstrząsach firma Cuadrilla sama zaprzestała wierceń i szczelinowania. Przyznała, że odwiert Preese Hall-1 mógł spowodować te wstrząsy. Jednak uznała, że wydarzenia te spowodowane zostały niezwykłym układem geologicznym przy odwiercie oraz ciśnieniem wody w

"The seismic events were due to an unusual combination of geology at the well site coupled with the pressure exerted by water injection as part of operations,”

Spółka w listopadzie 2011 roku przygotowała własną ocenę wydarzenia, w której uznała szczelinowanie za przyczynę wstrząsów w rejonie Blackpool i zaproponowała środki zapobiegawcze, które można zastosować przy następnych odwiertach.

Rząd zakazał szczelinowania po tym raporcie w listopadzie 2011 r. pomimo tego, że jeszcze na miesiąc przed wydarzeniem brytyjski parlament uznał, że nie jest potrzebny zakaz szczelinowania, jaki wtedy wprowadziła Francja. Do dziś dnia rząd brytyjski nie uchylił tej decyzji, choć biznes poważnie naciska. W listopadzie 2011 poddał analizę Cuadrilli niezależnej ekspertyzie. W jej trakcie okazało się, że jeden ze wstrząsów poważnie naruszył strukturę odwiertu.

Eksperci uznali („Preese Hall Shale Gas Fracturing: Review and Recommendations for Induced Seismic Mitigation”), że można kontynuować odwierty pomimo faktu, że wstrząsy mogą się powtarzać, jednak przy zastosowaniu pewnych środków ostrożności jak wstępne próby ciśnieniowe i monitoring sejsmiczny. Żeby wykrywać i zapobiegać większym wstrząsom, doradcy rządowi zaproponowali system ciągłego monitoringu, który wykrywałby wstrząsy i przy ruchach do 0,5 stopnia - wtedy włączał alarm pomarańczowy, a powyżej tego poziomu – alarm czerwony. System ten jednak mógłby wzbudza niepokój w społecznościach lokalnych, pomimo że takie wstrząsy nie są odczuwalne na powierzchni, a poza tym mógłby podnosić koszty odwiertu nawet od 100 tysięcy funtów (0,5 mln zł).

BGS mając doświadczenie z wierceniami i procesami szczelinowania poinformował na początku:

"Każdy proces, który polega na wciskaniu pod ciśnieniem wody na głębsze skały, będzie powodował pękanie skał i potencjalne trzęsienia ziemi. Dobrze wiadomo, że wtryskiwanie wody i innych płynów w czasie wydobycia ropy i inzynierii geotermalnej, takich jak gaz łupkowy, może wywołać aktywność sejsmiczną".

"Any process that injects pressurised water into rocks at depth will cause the rock to fracture and possibly produce earthquakes. It is well known that injection of water or other fluids during the oil extraction and geothermal engineering, such as Shale gas, processes can result in earthquake activity."

Rząd brytyjski powołuje specjalny urząd, zajmujący się ropą i gazem z niekonwencjonalnych źródeł. Negocjuje także z branżą specjalne ulgi podatkowe, jednak wciąż nie może się zdecydować na zniesienie zakazu szczelinowania.

Jak widać, nie jest to demagogia, tylko fakty, a jedynie brakowi rzetelnej informacji mogą takie wypowiedzi uchodzić bez odpowiedzi. Tak jak przez wiele lat teza, że rurociągi nie mogą się krzyżować na morzu.

www.szczesniak.pl

 

Komentarze (4)
Polska Akademia Nauk o gazie łupkowym
 Oceń wpis
   

 Polska Akademia Nauk wydała 17 października oficjalny komunikat w sprawie gazu łupkowego.

Komunikat Polskiej Akademii Nauk

 

W SPRAWIE „GAZU ŁUPKOWEGO"

 

PAN-logo-.jpg

W związku z rozbudzonymi przez polityków i media, a nieuzasadnionymi na tym etapie poznania, nadziejami na duże korzyści związane z eksploatacją „gazu łupkowego" (gazu z łupków gazonośnych) zwracamy uwagę, że:

1. W Polsce dotychczas nie udokumentowano złóż „gazu łupkowego". Oczekiwania dużych korzyści z ich eksploatacji sana razie bezpodstawne i przedwczesne.

2. W przedstawianych ekspertyzach i opiniach szacowane są tylko przewidywane zasoby gazu łupkowego, domniemane, których występowanie w podawanych ilościach jest możliwe, ale nie jest potwierdzone. Stanowią one jedynie zachętę do podejmowania prac poszukiwawczych, natomiast nie mogą być podstawą dla oceny ich rzeczywistego gospodarczego znaczenia, dopóki wyniki tych prac nie potwierdzą ich występowania przez udokumentowanie zasobów.

3. Szacowane są przewidywane zasoby wydobywalne gazu, to jest takie, które fizycznie są możliwe do wydzielenia ze skały gazonośnej, natomiast brakuje na razie jakichkolwiek podstaw dla oszacowania zasobów przemysłowych, to jest takich, których wydobycie może być możliwe w sposób ekonomicznie uzasadniony.

4. Błędnie i w sposób mylący przedstawiane są porównania przewidywanych zasobów gazu łupkowego w stosunku do już udokumentowanych zasobów ze złóż konwencjonalnych. Przewidywane, perspektywiczne zasoby gazu w złożach konwencjonalnych szacowane z podobną wiarygodnością jak gazu łupkowego według danych PIG-PIB wynoszą 1726,9 mld m3, natomiast gazu łupkowego szacowane są w ilości 346 - 768 mld m3, to jest są około 2,5 - 5 razy mniejsze.

5. Dotychczasowy sposób poszukiwań „gazu łupkowego" z powodu rozproszenia ich wyników nie stwarza możliwości udokumentowania jego złóż, zgodnie z wymaganiami prawa geologicznego i górniczego. W związku z tym niezbędna jest modyfikacja odpowiednich przepisów prawa geologicznego i górniczego i dostosowanie ich do specyfiki poszukiwań i badań złóż „gazu łupkowego". Równocześnie zwracamy uwagę, że tworzenie odrębnych aktów prawnych dla „gazu łupkowego" nie jest wskazane gdyż powiększałoby i tak duży obecnie chaos prawny.

6. Eksploatacja gazu łupkowego wiąże się z koniecznością zajęcia terenu dla prowadzenia prac wydobywczych za pomocą wielu otworów (dla utrzymania odpowiedniego, stałego poziomu produkcji). Spotykać się to będzie z oporem społeczności lokalnych, podobnie jak w przypadku eksploatacji odkrywkowej. Obawy odnośnie zagrożenia środowiska, które mogłyby być związane z zabiegami szczelinowania są w tym przypadku nieuzasadnione i motywowane niewiedzą natomiast istotne znaczenie mogą mieć zmiany krajobrazowe i ograniczenia możliwości wydobywania gazu łupkowego przez wymagania ochrony krajobrazu i sieci Natura 2000.

W imieniu Komitetu

PRZEWODNICZĄCY Komitetu Zrównoważonej Gospodarki

Prof.dr hab. Marek Nieć,

Bardzo rozsądny głos, ważący fakty, a nie puste obietnice i szacunki spod kciuka, na których opiera się dzisiejsze mocarstwowe sny o potędze. Wielokrotnie powtarzałem te tezy

Media zachowały całkowite milczenie wobec oświadczenia Polskiej Akademii Nauk - najwyższego autorytetu polskiej nauki. To świadczy i o poziomie mediów i o statusie polskiej nauki, którą można nie zauważać, a nawet pomiatać, w czym specjalizują się heraldowie Armageddonu z dwutlenku węgla.

Szczególnie po wczorajszej sensacji gazety o bardzo szlachetnej nazwie "Rzeczpospolita" na temat trotylu w katastrofie smoleńskiej, można zadać sobie pytanie:

 

czy żyjemy w medialnym domu wariatów?

 

Czy w mediach korporacyjnych będziemy czytać już tylko wymysły na temat wydarzeń, które nie miały miejsca, albo spekulacje nie oparte na żadnych faktach? Jeszcze teraz, gdy wszystkie poważne raporty ośmieszyły "łupkową gorączkę złota", gdy wydawało się, że nareszcie koniec łupkowego szaleństwa, wciąż codzienne serwowane są takie tezy:

Choć jeden głos rozsądku:

To wszystko tylko w dwa tygodnie. Dla ilustracji:

 

Kublik_Lupki_glupku.png

 

 

Rzepa_Staniszewski_Lupkowy_wrog.png

 

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

Komentarze (8)
Polska nie została drugą Japonią cz. 2
 Oceń wpis
   

 Pisałem kiedyś, że obietnice Wielkiego Elektryka się nie ziściły - Polska nie została drugą Japonią (a Polacy nie dostali po 100 milionów), bo przyjęła zupełnie inną drogę rozwoju. Nie budowania bogactwa gospodarki przez eksport i dodatni bilans handlowy, ale kroczy ("Deficyt handlowy, czyli niekonkurencyjna polska gospodarka") drogą niekonkurencyjności ku narastającemu długowi i kryzysowi.

Po tej części pierwszej, pokazującej, jak wygląda bilans towarowy, trzeba przejść na poziom wyższy, to znaczy rachunek bieżący. Obejmuje on wszystkie elementy obrotu towarowego i finansowego między gospodarkami. Wynik na rachunku bieżącym japońskiej gospodarki jest od jest od co najmniej 25 lat solidnie dodatni.

 

Japonia_Current_Account_2.gif

 

Początkowo budowany na silnej nadwyżce handlowej, by później bardziej polegać na dochodach (income) z inwestycji zagranicznych, na które środki dawał eksport. I nawet pomimo deficytu handlowego ostatniego roku (spowodowanego importem surowców energetycznych - przestroga dla Polski) - przez te 25 lat saldo na rachunku bieżącym było dodatnie - w granicach 2 - 4% PKB.

Zupełnie inaczej Polska

 

Polska_Rachunek_biezacy_proc_1994-2011_NBP_A.jpg

 

Od początku ujemny bilans handlowy, od 2004 r. gwałtownie zwiększające się wypływy dochodów z inwestycji zagranicznych w Polsce. Sytuację ratuję z lekka usługi i transfery, jednak o ile Japonia miał dodanie 2 - 4% PKB, my mamy stabilnie ujemne 4 - 6% PKB.

To nie jest droga do dobrobytu Japonii, ale w dokładnie odwrotnym kierunku.

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
źródło danych: IMF
, NBP i GUS.

Komentarze (7)
Strumień zysków z inwestycji wypływa z Polski
 Oceń wpis
   

 W pierwszej części pokazałem, jak Polska traci na wymianie towarowej z zagranicą. Więcej importujemy niż eksportujemy i bilans handlowy jest ujemny i w 2011 r. wyniósł minus 42 miliardy złotych. Druga pozycja wyniku gospodarczego Polski to wymiana usług, i tu jesteśmy znacznie lepsi: od lat notujemy tutaj nadwyżkę, a w 2011 r. wyniosła ona prawie 18 miliardów zł.

Trzecią pozycją są dochody z inwestycji kapitałowych i pracy. Ich bilans odgrywa coraz większą rolę, a pozycja ta urosła w ostatnich latach do największego strumienia wypływu pieniądza z kraju. Pisałem o tym rok temu ("Ujemne saldo dochodów Polski"), a dzisiaj chciałbym się skupić na dochodach z kapitału, to znaczy z różnego rodzaju inwestycji w Polsce. Przede wszystkim inwestycji bezpośrednich, o które tak zabiega polski rząd, oraz portfelowych, czyli bardziej płynnych, spekulacyjnych.

O inwestycjach zagranicznych pisze się dużo, czyni się wiele ustępstw dla inwestorów, jednak w ogóle zaś nie wspomina się o ich skutkach dla sytuacji finansowej gospodarki narodowej. Otóż strumień wypływów zysków z tych inwestycji przyrasta w bardzo szybkim tempie. W 2000 r. wynoosił 15 miliardów zł rocznie, to w 2011 było to już 79 miliardów zł - 2 tysiące złotych na każdego mieszkańca Polski. Prawie dwa razy więcej niż deficyt w handlu międzynarodowym. Jednak jesli wziąć pod uwagę także nasze dochody z polskich inwestycji zagranicznych, to kwota ta jest trochę mniejsza - bilans dochodów z inwestycji kapitałowych wynosi prawie 60 mld zł.

Rok temu porównywałem inwestycje zagraniczne i dochody z nich (czyli środki uszczuplające zasoby naszej gospodarki) tutaj. Dziś proszę rzucić okiem na strukturę i wielkość wypływu dochodów z inwestycji zagranicznych z Polski:

 

Dochody-inwestycje-zagranczne-Polska_NBP_A.jpg

 

 

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

 

 

- - -
źródło: NBP statystyka bilansu płatniczego

Komentarze (3)
Deficyt handlowy, czyli niekonkurencyjna polska gospodarka
 Oceń wpis
   

 Wracamy do cyklu o Polsce jako podmiocie międzynarodowej konkurencji. O deficycie budżetowym już pisałem ("Dwadzieścia lat strat operacyjnych - co to za firma?"), ("Chroniczny deficyt handlowy"). Teraz najnowsze dane - z 2011 roku.

Otóż Polska w 2011 roku znowu zanotowała deficyt handlowy w wymianie towarowej wielkości 42 miliardów zł (1100 zł na mieszkańca). Jest to wynik gorszy niż w roku 2010.

 

Saldo-obroty-towarowe-NBP-2012.jpg

 

Z bilansem handlowym, pojęciem nie istniejącym w obiegu publicznym, jest bardzo trudno dotrzeć do odbiorców. Próbowałem tego we wcześniejszym wpisie, nie odniosłem sukcesu, ale pójdziemy krok dalej - dzisiaj skupię się na znaczeniu tego wyniku. Otóż wieloletni deficyt w obrotach towarowych jest klarownym wskaźnikiem, że

 

polska gospodarka jest niekonkurencyjna

 

W wymianie towarowej z innymi gospodarkami odnosi ona straty. Co roku, od dwudziestu lat. A właśnie nadwyżka, dodatni bilans handlowy jest podstawą siły gospodarki niemieckiej, japońskiej, chińskiej. Podstawą dochodów tych gospodarek w konkurencji z innymi.

Brak dochodów na tym poziomie powoduje, że kraj nie ma z czego spłacić inwestycji zagranicznych, które do niego napływają. Dobrym przykładem jest tutaj Irlandia, która rozwijała się właśnie dzięki inwestycjom, ale zarabiała na nie poprzez eksport i nadwyżkę w bilansie handlowym ("Nie będziemy drugą Irlandią"). Z tego samego wynika siła Japonii ("Polska nie została drugą Japonią") i Chin.

Zaś Polska, która staje się małymi Chinami Unii Europejskiej, jej zapleczem produkcyjnym ("Europejscy liderzy wzrostu produkcji") - jako gospodarka okazuje się niekonkurencyjna. Więcej konsumuje niż sprzedaje. Efekt? Zadłużanie się, wyższe koszty finansowania, przejmowanie własności przez zagraniczny kapitał.

W dalszych wpisach będę omawiał kolejne piętra wyników gospodarki polskiej (wymianę w dziedzinie usług, dochody z inwestycji), które składają się na całkowity wynik gospodarki narodowej. Później omówimy część finansową, także tych którzy chcą dyskutować, proszę o skupienie się na sprawach deficytu handlowego na poziomie towarowym.

Ktoś wie, jakie są tego przyczyny?

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
źródło: NBP statystyka bilansu płatniczego

Komentarze (9)
Koniec łupkowego szaleństwa
 Oceń wpis
   

 No i stało się. Roma locuta, causa finita. Kiedyś musiał przyjść taki czas, że ktoś powie "Król jest nagi". W sprawie polskich łupków powiedział to amerykański Geological Survey (USGS), który przedstawił własne szacunki polskich zasobów gazu ze skał łupkowych.

USGS nie pozostawił nadziei: w Polsce gazu niekonwencjonalnego jest blisko zera.

Zasobów pewnych (z prawdopodobieństwem 95%) jest 0 (słownie zero). Zasobów o prawdopodobieństwie 5% jest 115,6 mld m3 (4086 BCF). Średni szacunek wynosi 38 miliardów m3(1345 BCF).

Warto to porównać z zasobami potwierdzonymi, których mamy w Polsce 145 miliardów m3 (Raport PIG z marca 2012). a są to zasoby udokumentowane, czyli zupełnie inny stopień pewności. Do tej kategorii można porównywać tylko owe ZERO na początku informacji USGS.

Amerykański średni szacunek można porównać z kategorią zasobów prognostycznych, które w Polsce wg ostatniego badania (PIG - Bilans perspektywicznych zasobów kopalin w Polsce 2009 r.) wynoszą 1,73 biliona m3. Czyli 15 razy więcej. Może więc bardziej opłaca się szukać gazu konwencjonalnego? Ostatnio słabo było z wierceniami...

Dla chętnych do przedyskutowania szczegółów (zapraszam Czytelników do dyskusji) przestawiam dwie tabele z opracowania USGS.

Podstawowe założenia:

 

USGS_Shale_Gas_Oil_Poland_2012_1A.jpg

 

Wyniki szacunku:

 

USGS_Shale_Gas_Oil_Poland_2012_2A.jpg

 

Całość analizy USGS w załączniku.

 

- - -

 

Jak już wiemy, co się stało, warto zadać kilka pytań, by przemyśleć te ostatnie 3-4 lata łupkowej gorączki.

1. Dlaczego Amerykanie wpuścili nas w maliny?

To podstawowe pytanie, które rodzi się z tego, że na zlecenie EIA - amerykańskiej Administracji Informacji Energetycznej powstał w 2011 r. raport, który wyszacował nas na 5,3 biliona m3 (380 lat naszych potrzeb), a który przygotowała ta sama spółka, która wcześniej szacowała nas na 3 biliony. W ciągu roku prawie jej się podwiły polskie zasoby. Raport nawet dla nie-geologa był bardzo mało wiarygodny. Rok temu pisałem o tych szacunkach:

biorąc pod uwagę, że Polska jest 30 razy mniejsza niż USA, to wynika z tego, że jesteśmy 5 razy bogatsi w gaz niż USA, licząc na kilometr kwadratowy! Uff! – znowu pozostaje tylko westchnąć. Ale przy jednym wypada się zastanowić poważnie: Advanced Resources przyjęło, że z amerykańskich zasobów można wydobyć 20 bilionów m3, czyli ok. 13%. Dlaczego więc w Polsce może być wydobyte aż 24%?!

2. Dlaczego nasi politycy i premier zagonili się w taką ślepą uliczkę? Nie wiedzieli o wynikach tych badań wcześniej? Sojusznicy ich nie uprzedzili? Te wszystkie obietnice o produkcji za dwa lata, emerytury z łupków, druga Norwegia, ponaglanie z wierceniami, narodowe konsorcja, rządowi pełnomocnicy, projekt narodowy "Polskie łupki"... To wszystko na kilka dni przed taką informacją? Tak z siebie balona zrobić przed narodem?

3. Dlaczego media nakręciły tę histerię łupkową? Przez ponad 3 lat karmiono nas codziennie jakimiś pustymi rewelacjami. Ilość tych publikacji była nie do ogarnięcia. Próbowałem dwa lata temu to jakoś zestawić ("Rozbudzone nadzieje na shale gas"), ale później już się nie dawało, szczególnie po raporcie EIA z 2011. Jeszcze przed tym raportem, gdy "mieliśmy" tego gazu tylko na 200 lat) Gazeta Wyborcza dawała takie czołówki ("Wg Wyborczej: Polska gazowym Eldorado"):

 

 

4. Po co odgrażaliśmy się wobec Rosji i Gazpromu? Po co te wszystkie buńczuczne odzywki, obietnice zastąpienia ich gazu w Polsce i stworzenia konkurencji dla rosyjskiego gazu w Europie? Bez jednego potwierdzonego odwiertu? Na bazie szacunków, ktorych nie robili geologowie tylko firmy konsultingowe? Mieliśmy produkować 50 miliardów m3, jak nam obiecywały niektóre firmy konsultingowe ("http://szczesniak.pl/1914")? Przecież wyszliśmy na niepoważne państwo.

Jest jeszcze wiele pytań, ale jeśli choćby tych zagadnień nie przeanalizujemy i nie wyciągniemy wnosków - takie zjawiska kompromitujące nas wewnątrz kraju i na arenie międzynarodowej będą się powtarzać.

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
źródło: USGS

Komentarze (4)
III RP nie odbudowała jeszcze miejsc pracy z PRL
 Oceń wpis
   

 Amerykański prawicowy kandydat na prezydenta, Mitt Romney uważa, że najważniejszym zadaniem polityka jest tworzenie miejsc pracy. Dobrych, wysoko płatnych miejsc pracy dla amerykańskich pracowników. Wystarczy wejść na jego stronę, by zobaczyć, jaką ma hierarchię zadań jako prezydent najpotężniejszego państwa na świecie. Pod najważniejszym punktem "Issues" pierwsze jest "Jobs & Economic Growth".

 

Mitt-Romnej_Jobs.jpg

 

Dlatego piszę o Republikaninie, prawicowcu, że w polskim jazgocie ideologicznym, takie hasło u prezydenta Obamy - byłoby zbyte wzruszeniem ramion: "lewica". Więc można śmiało powiedzieć, że najważniejszym zadaniem poważnego polityka najsilniejszego państwa na świecie jest tworzenie miejsc pracy. Jednak nie u nas. U nas ma to załatwić rynek i strategia taniej siły roboczej.

Wczoraj pokazywałem, jak Polska od 1987 roku przeżyła zapaść energetyczną, która skończyła się dopiero 15 lat później w 2002 roku.

Podobnie jest z miejscami pracy. Polska od czasów PRL nie odbudowała jeszcze liczby miejsc pracy z tamtego ustroju.

 

Miejsca-pracy-PRL-IIIRP-GUS.jpg

 

Pod koniec PRL, w 1985 roku było w Polsce 17,9 miliona miejsc pracy. Kryzys zmiany ustroju politycznego i gospodarczego odebrał Polsce 5 milionów miejsc pracy (2005 r.). Dopiero później ilość miejsc pracy zaczęła rosnąć i zwiększyła się w 2010 r. o 1,2 miliona. Jednak to tej pory nie zbliżyła się nawet do poziomu z 1985 r. Brakuje jeszcze 3,8 miliona.

Tyle właśnie osób wyemigrowało z Polski za pracą ("Miejsca pracy? preferujemy eksport") lub czeka w tej chwili na bezrobociu.

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl

- - -
źródło: GUS Rocznik statystyczny pracy 2010

Komentarze (1)
Technologie łupkowe? Pięknie, ale nie tędy...
 Oceń wpis
   

 Kolejny wybuch świetnych pomysłów na gaz łupkowy. Porozumienie między dwoma ciałami państwowymi na temat badań nad technologiami gazu łupkowego. NCBR i ARP będą finansowały badania gazu łupkowego.

Pięknie. Ktoś się obudził i nareszcie się wziął za ten temat. I to nie byle kto, tylko sam pan minister Bodzanowski i pani minister Kudrycka. Dwa resorty - Skarbu i Nauki. Z tego wszystkiego nawet wspólnie artykuł do Wyborczej napisali: "Wydobywajmy gaz z łupków po polsku". Kierunek dobry, hasła szczytne, nagłośnienie świetne, tylko nic z tego nie będzie. Dlaczego? Po kolei.

Po pierwsze: świetnie. Nareszcie wiemy, że wydobycie łupków to sprawa technologii. Wiemy, to znaczy nie tylko mówimy o tym, ale i coś robimy. Bo to rzeczywiście sprawa technologii. Za te know-how mamy płacić słone rachunki, bo za to dzisiaj się płaci "jak za zboże". Jeśli poszukiwania by się udały (przypominam - nie ma ani jednego potwierdzonego komercjalnie złoża (tak potwierdzonego jak choćby ostatnio to w Azerbejdżanie) to przyszłoby nam płacić tak samo, jak płacimy za gaz z importu na wschód - tylko że na zachód. I to nie za gaz, tylko za technologie. I nie wiem, czy nie więcej... Wtedy bowiem, czy to polska czy nie polska firma wierci i wydobywa - pieniądze wypływają przez firmy oferujące usługi technologiczne. Więc ktoś zaczął coś robić, żeby było inaczej. Więc chwała ministrom!

Ale, ale...

Po drugie: trochę późno. Ciekawe, że nikt o takim ruchu nie pomyślał od sześciu lat, gdy wydawano setkę koncesji - za darmo. Nikt nie pomyślał, że może najpierw zdobyć technologię, a potem dopiero rozdać koncesje? A może potraktować koncesje jako narzędzia nacisku na inwestorów zagranicznych, by się podzielili trochę, by wnieśli we wianie swoje osiągnięcia i by polskie firmy się od nich uczyły. Dokładnietak robią Rosjanie z tymi samymi firmami zachodnimi, które goszczą u nas (albo już nas opuściły). A u nas ni składu ni ładu. Najpierw rozdajemy na prawo i lewo koncesje, a potem każemy polskim firmom szukać i rozwijać technologie. Nijak się to nie składa.

Po trzecie: nie tak szybko. Technologie to nie piekarnia. Z jednej strony "szybciej, szybciej", bo na wybory musi być gaz... A z drugiej - rozwijajmy polskie technologie. W biegu? W konkurencji z firmami, które już je mają? I jak mają koncesje, to już niczym się dzielić nie będą? Nie da się. Bez zastosowania modelu norweskiego nie ma najmniejszych szans. Oczywiście nie tego, który przedstawił poseł Naimski, a minister Woźniak chciał pokazać jako rządowy - bo to karykatura, a nie model norweski.

Po czwarte: może lepiej to firmy zrobią? Nie rozumiem, po co te skomplikowane konstrukcje - państwowe instytucje, fundowanie, pożyczki, firmy maja kupować wynik... Wygląda mi to na kolejne pieniądze dla niedoinwestowanej polskiej nauki. Cel szczytny, tylko nie o rozwój nauki tutaj chyba chodzi, a o wprowadzenie przemysłowych technologii na nowym froncie wydobycia gazu z trudnych złóż. Tutaj naprawdę mogą zrobić to tylko firmy. We własnym interesie, dla zysku, własnymi siłami, płacąc naukowcom z uczelni wtedy, gdy jest im potrzebne rozwiązanie jakiegoś problemu. Jeśli już tak w tej Ameryce jesteśmy zakochani, to powinniśmy się też nauczyć tego, jak to tam działa. A to własnie tak - firmy są na froncie rozwoju technologicznego, one rozwijają technologie w codziennej walce z materią. One ją finansują i na niej zarabiają.

Ale u nas jest trochę inaczej - polskie realia to zero wydatków na badania i rozwój. Prawie zero, bo jeśli w Unii Europejskiej wydaje się średnio 300 Euro na mieszkańca na badania i rozwój, to w Polsce zero, to znaczy 17 Euro. Nieźle, prawda? Ale jest jeszcze gorzej - jeszcze mniej niż zero inwestują przedsiębiorstwa.W Polsce - uwaga! - tylko 24% z tych 17 Euro na mieszkańca inwestują firmy. A w Unii 60% z 300 Euro. Przecież to jest przemysłowa przepaść cywilizacyjna.

Nasuwa się pytanie - co to za firmy? W ogóle nie interesuje ich własny przyszły rozwój? Nie inwestują we własną przyszłość? Odpowiedź jest dwojaka. Duża część z nich to oddziały firm zagranicznych i w badania i rozwój inwestują u siebie. To oczywiste. Druga część odpowiedzi jest dużo bardziej przykra dla nas, a przede wszystkim dla Ministra Skarbu. Otóż polskie wielkie firmy z branży energii nie inwestują w ogóle w badania i rozwój. W ogóle. Niektóre z nich nie mają nawet takiej pozycji w sprawozdaniach. A to przecież wszystko firmy, które Minister Skarbu obdarowuje radami nadzorczymi i zarządami. Więc jak to jest? Nie wystarczy im zadać takiego punktu w mianowaniu, że mają rozwijać polską myśli techniczną?

Dlaczego tak się dzieje? Rąbka tajemnicy może uchylić ostatnia decyzja Ministerstwa Skarbu. Otóż nieoceniony Aleksander Grad - poprzedni minister skarbu (ten, który podpisać tak "korzystny" dla nas kontrakt katarski) został szefem PGE Energia Jądrowa. Będzie nam budował energetykę atomową. Naprawdę można się zacząć bać. Ale dodatkowo, aby mianować kolejnego ministra, który "chce się sprawdzić w biznesie", wyrzucono ostatniego fachowca z zarządu PGE, który znał się i miał doświadczenie w energetyce. Za to nowy prezes, były poseł i minister, uczynił swojego zastępcę z ministerstwa - zastępcą w firmie. Że się nie znają na energetyce, a już jądrowej - w ogóle? Kto by się tym przejmował? Więc jak tu i kiedy zajmować się nakładami na badania i rozwój...

Podsumowując. Kierunek słuszny, jak to u nas, ale wykonanie marne, też - jak to u nas. Więc nic z tego nie będzie.

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |